Żelazny piec, Poznańska Galeria Nowa, Poznań 2011

Michael Foucault książkę pt. „Słowa i rzeczy” rozpoczyna od analizy obrazu „Panny dworskie” (Las Meninas). Oglądając go pisze o zachwianiu wszelkich perspektyw w nim. To daje mu pretekst do rozważań na temat szczególnego momentu w naszej kulturze, kiedy zmienia się hierarchia i paradygmaty, a zaczynają się rewolucyjne zmiany w wyniku, których między innymi emancypują się nauki humanistyczne.

Natrętnie opisywany obraz w zasadzie nie udziela odpowiedzi na niedające wytchnienia pytania; spekulacje najczęściej rozbijają się o „płaską głębię” pracy. Ale właśnie to zdaje się być początkiem nowego porządku ukutego między 1775 a 1825, gdy nowe warunki dyskursu, porządkującego rzeczy, stanowić miały punkt wyjścia i umożliwiły powstanie filologii, biologii oraz ekonomii politycznej. Episteme klasyczna zostaje zastąpiona językiem, życiem i produkcją.

Kluczowe jednak znaczenie dla nowych nauk wytworzonych na przełomie XVIII i XIX wieku ma odkrycie człowieka. Jego narodziny jako podmiotu dającego możliwość wszelkiego poznania i stanowiącego przedmiot jego badania. Jak powie francuski filozof – człowiek jawi się jako dublet „empiryczno-transcendentalny”, „człowiek w dwuznacznej pozycji przedmiotu wiedzy i poznającego podmiotu – zniewolony suweren”, który zostanie od tego momentu oglądanym widzem, królem (którego „nie ma”) z obrazu Valesqueza. Od tej chwili ludzkie doświadczenie, porządkowane przez dyskurs, będzie dominowane przez „formę”, „figurę”, „strukturę” wiedzy i jej praktyki.
Owa „dyskursywizacja” człowieka sprawiła, że oto każda twarz, ludzki gest, czynność, wytwór mogą stać się literą, a w konsekwencji lekturą coraz to nowych „książek”.

Postacie z prac Macieja Olekszego to raczej ślad człowieka, forma dopełniająca go, nośnik pamięci po jego niegdysiejszej obecności podpowiadanej przez antropomorficzne kształty i metafory. Przez swą niepełność te ludzkie ślady wpisane zostają w horyzont znaczeń znikania człowieka, jego chorób, cierpienia, a nawet umierania. Człowiek we fragmentach, kawałkach odbitych, jak na płótnach grobowych. Te cielesne odbitki równie dobrze mogłyby być odczytywane niczym fotograficzne artefakty, które służą zamrażaniu czasu, notacji czasu minionego.

To ludzkie zacieranie pamięci, potęgowane przez zastosowanie techniki akwareli sprawia, że człowiek balansuje tutaj na granicy istnienia. Istota znaczeniowa tego delikatnego materiału i techniki malarskiej wpisana zostaje w kruchość człowieczej egzystencji. Ta ontologiczna niepewność tworzonego podmiotu odczuwalna już przy pierwszym kontakcie z pracami Olekszego. Substancjalne byty „żyją” w opozycji binarnej pomiędzy bytem a nieistnieniem, w nieustannej trosce o egzystencję w wymiarze biologicznym i duchowym. W każdej pracy jakby artysta badał stany [nie]istnienia ludzkiego, w które wpisana jest konieczna niedogodność egzystencji. Uwierająca egzystencja czule zasygnalizowana kilkoma dotknięciami pędzla. Tutaj znaczenia nabiera lekkość techniki stanowiąca przeciwwagę do twardej cielesnej fizjologii, która dopomina się krwistego dokarmiania w zamian gwarantując istnienie konkretne, pełne obecności i życiowego nadmiaru sensu. Taki byt nie ma żadnej wątpliwości w kwestii swojego istnienia oraz tożsamości, które trwać mają aż do chwili jego rozpadu. Taka sytuacja raczej nie zdarza się w pracach Macieja Olekszego. Mamy tutaj obcowanie z nieobecnością – śladem po bytowaniu, w którego charakter jest wpisane nie tylko poznanie, ale i tajemnica, działanie podmiotu i jego brak. Względność ontologiczna stanowi tu nie tylko źródło determinizmu, ale także stawia pod znakiem zapytania możliwość ludzkiego zgłębienia siebie i świata, w którym przyszło mu żyć.

Ludzie przepełnieni cichą rezygnacją lub jawnym strachem „odmalowanym” na nich samych, a przez to głęboko humanistyczni. Ludzie przerażeni agresją, bezradni i głęboko uwikłani w niepojętość świata a przede wszystkim w niezrozumienie drugiego człowieka. Chwilami emanujący szczęściem, zacienionym lękiem wynikającym z przeczucia, że minie, bo przeczuwają, że natura radości jest skończona. Nielicznym dane będzie uzmysłowić sobie, że to, co nieskończone i niezrealizowane może jest istotniejsze i większe, a pełnia jest niemożliwa do osiągnięcia. W końcu jak przypominał Emil Cioran „chwile nieuzasadnionego lęku, są najbliższe naszej egzystencji”. Ci, którzy zracjonalizują strach, to adepci sztuki życia raczej aspirujący do określenia Barbary Skargi: „niepięknego zwierzęcia” lub do pozycji „niemądrego mięsa” – mówiąc za Wisławą Szymborską.

* * *

Dzisiaj byt wydaje się nie „być na zawsze”. Zdaje się raczej zadaniem do wykonania, ciągłym sprawdzianem życiowych umiejętności, klasówką powtarzaną regularnie. Jeśli okażemy się nie dość pilni i sumienni byt podąży ku nieistnieniu, na które skazani zostaniemy przez okoliczności lub przez innych ludzi, bez próby powtórki z egzaminu – wynikającej z nieświadomości brania udziału w procesie udowadniania istnienia – egzystencjalnej konieczności bez końca i początku, ujarzmianej codziennie w coraz doskonalszy sposób.

Do braku takiej świadomości sztuka odwołuje się żywo i w sposób szalenie sugestywny. Od lat 50. minionego wieku liczni artyści starali się opisać kondycję współczesnego człowieka. Warto wymienić choćby Alinę Szapocznikow, Alfreda Wiśniewskiego, Andrzeja Wróblewskiego czy Mirosława Bałkę.

Jednak w przypadku malarstwa Macieja Olekszy dwóch artystów chcę przywołać szczególnie: Josepha Beuys’a (jego prace z cyklu „The Secret Block” zawierającego 660 rysunków, akwareli, gwaszów) i Francisa Bacona. Pierwszy z charakterystyczną nietrwałością materiałów, z których realizował swoje rzeźby; programowo antropocentryczną pozycją człowieka oraz krytyką nadmiaru technologii w życiu społecznym. Dzisiaj jego idee wydają się jeszcze aktualniejsze niż pół wieku temu.

Z kolei Francis Bacon, który kiedyś wprost powiedział: „Chciałbym, żeby moje obrazy wyglądały tak, jakby otarła się o nie istota ludzka […] pozostawiając ślad [swojej] obecności i pamięć minionych zdarzeń tak, jak ślimak pozostawia za sobą śluz” – co wydaje się doskonale charakteryzować dzisiejszą twórczą aktywność Macieja Olekszego. Bacon był malarzem dobrze wyczuwającym nadchodzącą epokę. Ta ekspresyjna Baconowska forma, wyrażająca dramat egzystencjalny stała się inspiracją dla takich twórców jak Janusz Przybylski czy Lech Ratajczak. Lista artystów podejmujących w swojej twórczości refleksje na temat kondycji ludzkiej, traktujących ciało jako bryłę wyrażającą nie tylko przestrzenny wymiar jest długa, znaczona również ciekawymi pracami w nurcie sztuki krytycznej.* * *
Technologiczna hossa, która miała być źródłem złotej ery ludzkości, fundamentem symbiozy człowieka z maszyną, raczej zniewoliła człowieka niż wyzwoliła jego nieograniczone możliwości. „Proponowany” nowy ład ma posmak więzienny a projektowany maszynowy raj stanowi pretekst do budowania świata zmediatyzowanego do tego stopnia, że człowiek stanowi raczej przedłużenie własnych ekstensji niż arbitralnie funkcjonującą jednostkę.
Ciemna strona postępu dzisiaj, jak się zdaje, najpełniej przejawia się w znikaniu rzeczy. Świat na naszych oczach (lub też bez ich udziału) niknie, co interesująco, ale i kontrowersyjnie opisuje Jean Baudrillard w „Zbrodni doskonałej”. Znikaniu coraz częściej podlega człowiek, który zdaje się być zupełnie nieświadomy tego procesu. A przecież Michael Focault już ponad pół wieku temu zapowiadał śmierć człowieka twierdząc, że „Człowiek jest wynalazkiem, którego historia – […] jest krótka. A koniec być może bliski. […] Możemy założyć, że człowiek zniknie, niczym oblicze z piasku na brzegu morza”.

Robert Brzęcki, O niedogodności znikania, czyli pomiędzy bytem a nieistnieniem, 2010